Przyszły motorniczy

0

Wywiad przeprowadzony dla portalu detalks.pl w roku 2012. 



Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta. Przed Państwem jedyny, niepowtarzalny mężczyzna o wielu talentach i szerokim poczuciu humoru. Człowiek sprawiający, że niejedna osoba uśmiecha się na jego widok. Karolinie Jaskólskiej zdradza swoją filozofię życia, poglądy, marzenia. W rozmowie o wszystkim pragnę przedstawić Artura Andrusa!
 
 
1
Foto z http://www.arturandrus.art.pl/galeria.html
 


Słyszał Pan, że w tym roku będzie koniec świata? 

Dzisiaj ktoś mi o tym mówił. Podobno w grudniu.

Podobno.

Już parę razy był. Może i w tym roku już był i nie wiemy.

Pytam, bo jest Pan dziennikarzem, muzykiem, pisarzem, kabareciarzem… Zrobił Pan już w życiu wszystko co chciał?

Nie, oczywiście, że nie. Ale jak będzie koniec świata to się wszystko skończy i nie będzie mnie interesowało co jest jeszcze do zrobienia. Końcem świata specjalnie się nie przejmuję. Znaczy, przejmuję się o tyle, że jeżeli coś tam gdzieś jest po końcu świata, no to mam nadzieję, że tym życiem tutaj sobie zasłużyłem na to, żeby coś tam jeszcze było… I to w miarę przyjemnego mam nadzieję. Nie mam wpływu na koniec świata, więc się nim przejmować nie będę, będę za to robił to, co się da, gdzie mnie zaproszą. A odpowiadając na pytanie: nie, oczywiście, że nie. Nie jeździłem na przykład koparką, nie kopałem dołów – a to ciekawe! Nie byłem nigdy motorniczym tramwaju, a chciałbym. Tak więc dużo rzeczy przede mną.

Motorniczy…a kim w młodości chciał Pan być? Kierowcą tramwaju właśnie?

Nie pamiętam, prawdę mówiąc. A nie, troszkę pamiętam! Nie chciałem być strażakiem, bo straży pożarnej nie było nigdzie w pobliżu w Solinie. Ja chciałem być lekarzem. Ośrodek zdrowia u nas był – także lekarzem.

Tutaj muzyka, kabaret z drugiej strony pisarstwo, dziennikarstwo. Nadal Pan szuka dla siebie miejsca?

Nie. Ja robię to, co lubię. To mi sprawia przyjemność. Ja wiem, że moje śpiewanie nie każdemu sprawia przyjemność, ale mi tak. Jak się okazuje, że się znajdzie jeszcze pare osób, które kupią taką płytę jak Myśliwiecka, to albo mają jakieś ciągoty masochistyczne, albo po prostu lubią i sprawia im to radość. Masochizm chyba zresztą też jest jakąś formą przyjemności, także jeśli to w takich kategoriach sprawia przyjemność, to ja też jestem z tego zadowolony. Te wszystkie zajęcia, które ja robię wynikają z tego, że się dosyć łatwo nudzę jednym zajęciem. Podejrzewam, że dlatego sobie wymyślam kilka różnych, żeby się nie znudzić żadnym, żeby każde mnie trzymało przy sobie. Mam też pewną odskocznię. Jak się znudzę śpiewaniem, to usiądę i popiszę albo przygotuję audycję radiową.

W której z tych dziedzin czuje się Pan najlepiej, najbardziej spełnia?

Żadna z tych rzeczy nie sprawia mi przykrości, do żadnej nie idę z przymusu. Żadna nie jest taka, że budzę się rano i mówię: o Jezu muszę znów tam iść. Trudno stwierdzić. Są momenty kiedy potrzebuję odpoczynku, marzy mi się aby usiąść i zrobić jedynie swoją audycję przy Myśliwieckiej. Bez pośpiechu, bez gonitwy.

I tak odkrył Pan moje kolejne pytanie. Jest Pan bardzo zapracowany. Nie marzy Pan o wyjeździe na Karaiby czy w góry? Taka mała ucieczka.

A w góry to wyjeżdżam sobie co jakiś czas. Mam tylko świadomość, jaką pracę wykonuję. Nic się nie zaplanuje z dużym wyprzedzeniem. Trudno wymagać, żeby było inaczej. Jak mam już dosyć to sobie przyblokowuje wszystko. Nauczyłem się już tego, że raz na jakiś czas trzeba przystopować.

Potrafi Pan powiedzieć nie.

To jest forma zdrowego rozsądku. Ja wiem, że po pierwsze nie zarobię wszystkich pieniędzy na świecie, bo są też inni, którzy zarobią pieniądze, które ja mógłbym zarobić. Nie jestem też na te pieniądze tak strasznie łasy, pazerny. Wiem, że jak będę występował po dwanaście godzin dziennie to nie będę sławniejszy. Także trzeba zachować rozsądek.

Zamieniłby się Pan ze mą miejscami? Konkretnie: jestem na początku swojej przygody z dziennikarstwem, Pan posiada już bagaż doświadczenia. Żyjemy w innych czasach. 
Łatwiej było Panu, czy jest mnie?

To jest pewien proces dziennikarski, rzemiosło. Tego trzeba się uczyć. Nikt, nawet z talentem, nie będzie od samego początku rewelacyjnym dziennikarzem. Każdy musi popełnić parę błędów, uczyć się na nich. Potem dopiero okazuje się, czy ktoś jest dobry, czy nie, a może w ogóle się nie nadaje. Ja podejrzewam, że mamy podobnie. Znaczy tak, mi było łatwiej w tym sensie, że w dziewięćdziesiątym roku, kiedy zaczynałem studia zmieniał się system. Co za tym idzie system w mediach również uległ zmianie. Nagle pojawiły się nowe media i okazało się, że potrzeba ludzi do pracy. W Polsce był tylko jeden dzienny kierunek dziennikarstwa – w Warszawie. Dlatego myśmy bardzo szybko dostawali propozycje pracy. Choć to też nie było na takiej zasadzie, że każdy, nawet kiepski dostawał pracę. Z drugiej strony, nie było aż tylu mediów co dziś. Mało stacji radiowych, zero portali internetowych, nawet średnio było z gazetami lokalnymi. Wszystko się tworzyło dopiero.

Powiedziano mi kiedyś, że dzisiejsi dziennikarze mają trudno, bo średnio wolnych stanowisk pracy dla nich jest… siedem.

No tak, ale na przykład nauczyciele też nie mają łatwo. Tak jest w każdym zawodzie. Dziś lekarze mają trudno. Nie mają gwarancji pracy po studiach. To w tym sensie możemy powiedzieć, że kiedyś była ta gwarancja, ale zawsze trzeba zobaczyć, co to była za gwarancja, co za wybór. Kiedyś owszem, dziennikarz mógł znaleźć pracę, ale w beznadziejnej redakcji i ugrzązł w niej na stałe. Teraz ma wybór, może podziękować i szukać czegoś gdzie indziej. Kiedyś nie było tego gdzie indziej.

To jaki był młody dziennikarz Artur Andrus?

Dla mnie początki są już w podstawówce, gdy to człowiek pomaga przy gazetce szkolnej czy w radiowęźle. Ja tak robiłem. Wtedy można poczuć czy to jest to coś. Czy lubi się kontaktować z ludźmi, być w centrum wydarzeń. Mój początek to był właśnie radiowęzeł szkolny, gazetka harcerska.

Improwizuje Pan w kabarecie, a jak jest z improwizacją u Pana w dziennikarstwie?

To trzeba zacząć od tego, że ja nie wykonuję takiego typowego dziennikarstwa. Jestem raczej prezenterem radiowym niż dziennikarzem. W tej prezenterce owszem improwizuję. Nie piszę sobie tekstów, które mówię na antenie. Piszę scenariusz, zaznaczam punkty których się będę trzymać – to tak. Reszta jest improwizacją. Mam nadzieją, że dość radosną.

Niesie Pan radość, a co Pana śmieszy?

Żarty sytuacyjne, zbitka słowna, absurdalna sytuacja…nie mam jednego rodzaju poczucie humoru. Potrafię się śmiać z dobrej satyry politycznej i z absurdalnego humoru, czeskie klimaty.

Zróżnicowanie…ma Pan swoją idealną publiczność?

Nie mam – jak to się mówi – targetu. Ja nie wiem, prawdę mówiąc, jacy ludzie mnie słuchają, nie robiłem badań. Jedna cecha, jaka ich charakteryzuje to to, że są strasznie pogodni i sympatyczni. Jak rozmawiam z niektórymi to mówią, że jesteśmy uważani za naród ponuraków.

No prawda, taka plotka krąży…

Ja się właśnie z tym nie zgodzę. Jak jeżdżę po Polsce to nigdzie żadnych ponuraków nie spotykam. Ja wiem, że to wycinek społeczeństwa, ale mnie nie ciągnie do takich rejonów gdzie ponuracy się zbierają. Ja lubię tych pogodnych.

A Pana poczucie humoru jest wrodzone czy nabyte?

Podkłady mam wyniesione z domu. Zapewne gdybym miał smutne dzieciństwo, smutną młodość to trudno wykrzesać z siebie jakieś pokłady poczucia humoru. Ale z kolei nie wywodzę się z rodziny, w której na przykład tata przychodził z pracy do domu i opowiadał kawały zasłyszane w pracy czy mama śpiewała piosenki kabaretowe. Takie podkłady trzeba mieć, a potem to kwestia w jakim środowisku człowiek dorasta. Trzeba mieć to wrodzone, potem nabywać.

Jak poczucie humoru pomaga Panu w życiu?

Tak mi pomaga, że jak wychodzę na ulicę to ludzie się do mnie uśmiechają, a nie gonią z kijem. A to powoduje, że jak wychodzę w gorszym nastroju, bo przecież każdy ma takie dni – nie jest się cyborgiem. To, że pracuję w rozrywce nie zobowiązuje, aby codziennie mieć dobry nastrój. Jak wychodzę z domu, ludzie się do mnie uśmiechają bo kojarzą mnie z tym osobnikiem, co wywołuje uśmiech na ich twarzach, to jest mi jakoś łatwiej.

To zobowiązuje z drugiej strony…

Tak, zobowiązuje, ale ja to traktuję jako kawałek szczęścia, jaki mi się trafił. To jest coś miłego – powodować, że ludzie się uśmiechną. To miłe, że mogę wymyślić coś takiego, co im sprawi przyjemność. To nie jest jakieś poczucie misji, że zostałem do tego stworzony, ale jak mówię, kawałek szczęścia, że udało mi się trafić w takie miejsce, nauczyć takich rzeczy, a jeszcze się okazuje, że to jest moją pracą, z której mogę się utrzymywać.

Ewidentnie przemawia przez Pana pasja

To jest zawód, którego bez pasji nie da się uprawiać. Podejrzewam, że – nie obrażając nikogo – jest wielu kowali, co z pasją wykonują swoją profesję, ale podejrzewam, że nawet ktoś, kto nie ma pasji do kowalstwa potrafiłby zrobić dobrą podkowę. Tutaj to szybko wychodzi. To znaczy, ludzie czują, gdy ktoś występujący w telewizji, mówiący w radiu, piszący w gazecie, robi to bez zaangażowania, bez pasji. Szybko to wyłapują i szybko to się skończy.

Jakim Pan był studentem? Imprezowicz czy mól książkowy?

Ani ten, ani ten. Uczyłem się do egzaminów, gdy czas gonił, ale zdawałem. Też tu pojawia się znów wątek tego, że większość z nas pracowała już na drugim roku i nie było za dużo czasu na imprezowanie. Akademiki do tego rozrzucone po całej Warszawie… Jak przyjeżdżałem do Krakowa, to z zachwytem patrzyłem, że nagle koło Rotundy tłum ludzi, coś się dzieje, że wszędzie studenci. Nawet po studiach przyjeżdżałem do Żaczka, do kolegi, aby zaczerpnąć takiego życia. Ale w czasie studiów nie byłem jakimś za bardzo typem imprezowym, ani strasznie smutnym, co się chował po kątach, ale imprezowiczem bym siebie nie nazwał.

Co Pan powie na to, że jest dla niektórych wzorem, autorytetem?

Nie wierzę w to, ktoś taki nie może być autorytetem. Jak komuś wpadło do głowy, że mogę być dla niego autorytetem, niech sobie to szybko z głowy wybije.

…ale dlaczego? To nie jest miłe? Może jest Pan za skromny, żeby to przyznać?

Autorytet to za duże słowo. Możemy pogadać o tym koło osiemdziesiątki. Jeśli się okaże, że ja mniej więcej do tego wieku wytrzymałem, robiąc coś, uznajmy przyzwoitego, coś co jest dobrze oceniane i ludzie będą patrzyli na mnie z jakąś sympatią. Wtedy możemy zacząć sobie rozmawiać o jakiś autorytetach. Teraz to jest czterdzieści lat za wcześnie.

Trzymam za słowo.

Natomiast jeśli traktują mnie jako kogoś kogo lubią, darzą sympatią to jest to bardzo miłe oczywiście. Ale autorytetów poszukałbym gdzie indziej.

Ma Pan w sobie pokłady buntu. Co Pana w takim razie denerwuje?

Ależ oczywiście, że mam! Pani spróbowałaby pojechać ze mną samochodem. Jak widzę jak ludzie jeżdżą, a oczywiście w moim mniemaniu każdy jeździ gorzej ode mnie. Jest tu we mnie pokład złości.

Przyjechał Pan do Krakowa samochodem? Na jakich blachach…?

Warszawskich, ale nie mam z niczym problemu. W sumie zostawiłem samochód i chodzę piechotą, bo w Krakowie jest wszędzie blisko, ale nie doświadczyłem niczego złego. Nie sponiewierano mnie. Naturalnie, że mam jakieś pokłady złości w sobie. Nie mogę powiedzieć, że mam ataki furii, bo nie. Potrafię sam siebie z takich ataków złości wyprowadzić. Często myślę: a co to zmieni, jak ja się wkurzę? Ale są sytuacje, które mnie denerwują.

A jednak można Pana zdenerwować! Spokojnego Pana Artura Andrusa!

A niech Pani próbuje!

Nie, nie. Nie będę ryzykować.

Ja rozumiem, że to jest kwestia natury. Dzięki Bogu, że ja mam akurat taką. Uważam, że ludziom, którzy się na wszystko wściekają, złoszczą jest dużo trudniej żyć. Szkoda na to czasu. Życie jest za krótkie. Ja wiem, że nawet jakby życie trwało ponad dziewięćdziesiątkę to i tak byłoby za krótkie. Trzeba korzystać z tego momentu w życiu, w którym się jest. To jest jeden jedyny moment i on się nigdy już nie powtórzy.

Boi się Pan starości?

Nie. Boję się jedynie w takim sensie, że nie chciałbym na starość być obciążeniem dla kogoś. Ale wiem, że moi najbliżsi, jeżeli będę takim obciążeniem, z miłości to podejmą. Tak jak ja to podejmę, jak oni będą tego potrzebować. Tak normalnie, po ludzku wolałbym, aby tak nie było. Chciałbym mieć taką starość pogodną, bez bólu, radosną, bez cierpienia, albo jej nie mieć po prostu. Na krok przed starością przenieść się w jakieś inne rejony. Jednak starość może być ładna. Spotykam ludzi, którzy fascynują mnie przeżywaniem swojej starości, na przykład ludzie z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Zresztą kiedyś przytrafiła mi się taka rzecz: wychodząc ze spotkania na takim uniwersytecie, siedziały dwie studentki, takie osiemdziesiątki, osiemdziesiątki piątki, jedna tak na mnie popatrzyła i powiedziała: w telewizji młodo Pan wygląda, a na żywo dużo lepiej! To dopiero wspaniałe podejście, młodo nie zawsze musi oznaczać lepiej.

Często powtarza Pan, że jest naiwny. Brzmi to u Pana jak zaleta.

Ja w ogóle próbuję, bo wiem że to najlepsza metoda, próbuję ze swoich wad zrobić zalety. Wiem, że jestem zbyt leniwy, mało systematyczny, nie mam w sobie tyle energii by to zwalczyć…nie mam z drugiej strony aż tak kompromitujących tych wad, żebym musiał zwalczać je dla dobra ludzkości. Mógłbym zwalczać je dla samego siebie. Są takie, o których wiem, że sobie nie poradzę i staram się je zamieniać w swoje zalety, albo przynajmniej twierdzić, że jest to zaleta. Tak jest z naiwnością. Wiem, że jest tak a nie inaczej, a i tak w to dalej brnę.

Jest Pan osobą, która aby uwierzyć musi przeżyć coś na własnej skórze?

Wierzę, wierzę. Ja chętnie nie przeżywałbym nic nieprzyjemnego na własnej skórze. Ja wierzę ludziom…wierzę, że istnieje coś takiego jak Mont Everest. Mogłem nie dotknąć, mogłem nie być, ale wierzę, że jest i że jest wysoki.

Ale nie chciałby Pan na niego wejść?

Pewnie bym chciał. Znaczy sam z siebie nie wymyślę ekspedycji, nie zorganizuję, ale gdyby się zdarzyła taka okoliczność, że jest szansa i to jeszcze ktoś, komu wierzę powiedziałby mi, że to ma sens, i że ja tam jeszcze wejdę, to pewnie bym na to poszedł.

A skok na bungie?

A pewnie bym też to zrobił. Nie mam żadnego strachu przed takim skokiem. Ale nie mam w sumie takiej potrzeby na razie żeby to zrobić. Nie muszę nagle, teraz szukać, gdzie tu jest najbliższe bungie. Nie widzę na razie powodu…ale jak się taki znajdzie, to kto wie?

Jak już rozmawiamy o sprawach ekstremalnych. Nie myślał Pan o tym, aby się zająć polityką? Być po drugiej stronie w Szkle kontaktowym?

Ojj nie. Nigdy w życiu.

Pozostaje Pan tylko przy komentowaniu?

Komentować też nieudolnie, tak prawdę mówiąc. Ja nie jestem komentatorem politycznym. Te moje komentarze w Szkle kontaktowym są na poziomie rozmów u cioci na imieninach bardziej. Wiem, że tak jest i tak chcę, aby było. Po to jest ten program wymyślony, żeby żartować z tego raczej, a nie analizować, walczyć o coś, zmieniać rzeczywistość. W takich kategoriach ja to pojmuję. Natomiast do życia z polityki na pewno mnie nie ciągnie.

Definitywnie.

Definitywnie!

Pił Pan w Spale, spał Pan w Pile – teksty z głębi serca?

Oczywiście są, bo sam je napisałem. Nie są świadectwem moich prawdziwych przeżyć. Nie piłem jeszcze w Spale, nie spałem w Pile. Ale od kiedy piosenka ta bije rekordy popularności na listach przebojów, to czuję, że zbliża się ten czas, kiedy będę musiał wypić w Spale i przespać się w Pile. Coraz więcej głosów się pojawia, że w związku z tą piosenką pragną mnie tam zobaczyć. I ja chętnie pojadę! Tak samo było z piosenką Cieszyńska. Przed zaśpiewaniem tej piosenki nigdy nie byłem w Cieszynie. Przejeżdżałem owszem, ale nigdy się tam nie zatrzymałem. Właściwie to ta piosenka spowodowała, że tam trafiłem, poznałem fantastycznych ludzi, że bardzo mi się to miasto spodobało. Tak to jest, że dzięki piosenkom można pozwiedzać świat.

No to może wystartuje Pan w Eurowizji? Chociaż…TVP tego nie wyemituje, bo swoje siły skupiła na Euro 2012.

No właśnie, to po co mi?

Wyprzedził Pan w konkursie radiowej trójki wielkie sławy. To dobry start na wokalną karierę!

Ten kawałek świata, w którym robię jakąś karierę… ja to też w cudzysłów ujmuję, bo kariera to jakieś przedziwne zjawisko, sformułowanie. Ten kawałek świata mi wystarczy. W dalszą podróż jakoś się nie wybieram. Też nie podejrzewam, że dużą furorę robiłyby moje teksty polskie wśród Anglików czy Niemców. Chociaż byłbym dumny gdyby ze względu na moje teksty zaczęli się uczyć polskiego.

No chyba, że przetłumaczy Pan na niemiecki swoje teksty.

No, nie zanosi się na to.

Zdradzi mi Pan sekret gdzie jest ten wytatuowany jeleń na Pana ciele?

Proszę sobie samej wyobrazić, które są to mięśnie, że jak ja schudnę, to on wklęśnie.

Pozostawiamy wyobraźni?
Tak, tak. Damy trochę do myślenia.

To czego na koniec mogę Panu życzyć?

Na przykład, żebym się nie spóźnił na swój występ. Chociaż ja na występy się nie spóźniam! Raz mi się zdarzyło, ale to nie z mojej winy. Ale tego można mi życzyć, bo po pierwsze nie chciałbym od Pani wymagać, aby Pani mi życzyła za dużo takich moich prywatnych rzeczy typu: zdrowia, szczęścia, pomyślności. Sam nie mam na to wpływu, a co dopiero Pani. A myślę, że warto sobie życzyć takich rzeczy najbliższych, a w związku z tym, że mam dziś koncert, to proponuję na razie życzenia, żebym się nie spóźnił, aby w miarę przyjemnie ludzie mnie odebrali. To już jest wystarczające.

Tego Panu życzę i bardzo dziękuję za rozmowę!

Dzięki bardzo!


 

2
Foto z http://www.arturandrus.art.pl/galeria.html


Artur Andrus – redaktor audycji Powtórka z rozrywki w radiowej Trójce, gospodarz warszawskich spotkań Piwnicy pod Harendą, konferansjer, kabareciarz, poeta, autor tekstów piosenek, komentator Szkła kontaktowego, wokalista.

About author

No comments

Piękny kraj z reniferami

Z cyklu Matka Polka na obczyźnie   Trzy kobiety, trzy mamy. Każda z innego krańca Polski. Każda z innym doświadczeniem. Łączy je Finlandia. To tu ...