Nieco poważniej – rak

0

Ostatnio odeszło dużo osób z mojego otoczenia. Za dużo. Chcąc nie chcąc do głowy zaczęły napływać myśli o tak zwanym końcu, o zdrowiu….Czy na pewno robię wszystko co mogę, aby zadbać o zdrowie moje i dzieci. Siadłam, zrobiłam krótką analizę,
a w tym samym czasie los chciał, że spotkałam Panią Ewę

Oczywiście nie jestem w stanie przewidzieć jak to będzie. Nie będę zamykała się w domu
i chroniła moich dzieci przed (dosłownie) wszystkim. Nadal będę pozwalała im szaleć
(pod kontrolą rzecz jasna), brudzić się i odkrywać świat. Jednak czy mogę zadbać o swoje zdrowie jakoś jeszcze? Teraz jem zdrowo, staram się dużo ruszać, nie palę, alkoholiczką nie jestem. Z byle katarem do lekarza nie latam, ale jak jest potrzeba to odwiedzę rodzinnego.
No, ale jednak moje myśli szły w kierunku jednej z najokropniejszych chorób na świecie, nowotworu rzecz jasna. W mojej rodzinie były niestety przypadki raka. W dodatku w takiej koligacji, że jestem na zagrożonej pozycji. Byłam jakiś czas temu, dobra – dawno temu,
na badaniach DNA, które miały wskazać czy mam „szansę” na nowotwór. Ale, umówmy się,
to wszystko może zmienić się jak w kalejdoskopie. A ja nie mogłam, chyba nadal nie mogę, wygospodarować czasu na regularne badania. Jak to bywa w takich sytuacjach, z pomocą przyszedł wujek Google oraz spotkana na jednej z „rodzinnych” imprez pani Ewa*.

Co by było gdyby?

Pani Ewa: miła, ciepła, energiczna osoba. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. Bardzo dużo rzeczy robi dla siebie (od wizyt u fryzjera czy kosmetyczki po spełnianie marzeń typu wycieczka zagranicę). Jeszcze więcej robi dla innych. Nigdy w życiu nie powiedziałabym, że dopiero
co „wyszła z nowotworu”. Na tę chwilę wszystko jest dobrze. Przerzutów brak, uśmiech od ucha do ucha i plany na najbliższe sto lat. W pewnym momencie rozmowy powiedziałam, że ja to bym pewnie do niekorzystnej diagnozy podeszła ze strachem i lekką depresją. Tymczasem przede mną siedzi jedna z najweselszych osób jakie znam. Kochana, jak ja usłyszałam, że mam raka piersi myślałam, że sama do domu nie dojdę! Tak bardzo się bałam. To był ten moment w którym moje życie stanęło mi przed oczami. Płacz, zamknięcie w domu. Ale po kilku dniach stwierdziłam, że przecież jeszcze tyle przede mną! Jeszcze tyle mam do zrobienia. Postanowiłam walczyć. To usłyszałam
na początku.

Nie było łatwo. Walka trwała jakiś czas. Badania, szpitale, zabiegi…. Ale pani Ewa wygrała. Wygrała determinacją, radością i tym, że nie zrezygnowała z siebie. No i nie ma co ukrywać, wsparcie rodziny też jest ważne.

Nie użalajcie się nade mną. Nie znosiłam jak ktoś traktował mnie jakbym naprawdę miała jutro umrzeć. Jeszcze żyłam, walczyłam i chciałam żyć. Może to szalone, ale w pewnym momencie nawet zaprzyjaźniłam się z moim rakiem. Co innego miałam zrobić?! Przyjaciół miej blisko, wrogów jeszcze bliżej – jak to mówią.

Młoda ja.

I tak siedziałyśmy. Ona opowiadała, ja słuchałam z opadniętą do kolan szczęką. Podziw?
Chyba zbyt mało powiedziane. To było jak zastrzyk energii, bądź kop w cztery litery.

A w głowie wciąż pytanie, które mnie niesamowicie interesowało: pani Ewo, badała się pani wcześniej?

Tutaj przyznaję się do swojej głupoty – nie. Za czasów mojej młodości nie było tak powszechnych urządzeń, które możesz kupić sobie do domu i sama się badać. Medycyna była rozwinięta,
ale nie aż tak. Pojęcie o nowotworze piersi? Marne. Później, jak zaczęto o tym mówić, było już za późno. Raz nawet powiedziałam sobie „co ty stara baba jesteś, nie trzeba ci”. Błąd.

Usłyszałam kilka motywacyjnych argumentów do samobadania. Ale nie tylko do „niedzielnych macanek”.

Co by tu jeszcze? Szukanie, czas start.

Po powrocie do domu od razu siadłam do współczesnej encyklopedii wiedzy o wszystkim (czytaj wyszukiwarka Google) i zaczęłam szukać. Jak jeszcze mogę się badać? Warunków miałam niestety trochę: dwoje dzieci, praca, reaktywacja strony internetowej, życie prywatne…
no miałam powody do małego wymagania. Założyłam, że najlepiej aby badanie nie było zbyt długie, nie bolało, nie wymagało ode mnie stania w kolejkach tak, jak w przychodni, nie zabrało mi miliona monet i w tym wszystkim było wiarygodne! Cóż, nie lada misja. Ale….udało się! Znalazłam coś takiego jak Braster. Pozwólcie, że zacytuję:

Braster to innowacyjne w skali świata urządzenie medyczne, które pozwala na komfortowe
i samodzielne badanie piersi w domu. Skuteczność Systemu Braster potwierdziły badania kliniczne,
a szybkość działania i prostotę, jego użytkowniczki.

No dobra, pomyślałam, ale co to wszystko naprawdę oznacza? Wiem,
że bada piersi, wiem, że jest potwierdzone przez lekarzy – na stronie
https://www.braster.eu/pl posłuchałam, co mówią fachowcy. Do tego mam urządzenie w domu, łącze je z aplikacją i potem wszystko, co pokaże mi się na ekraniku, wysyłam do Centrum Telemedycznego Braster. Następnie, tam na miejscu wszystko pięknie (i mam nadzieję) zrozumiale mi opiszą.

Samo badanie też nie jest trudne. Urządzonko, które wygląda jak megafon, głośnik, większa lampka, żelazko…sama do końca nie wiem, co mi przypomina. Tak czy siak, przykładam
je do piersi kilka razy w różnych miejscach, skanuję wszystko co trzeba, zapisuję w aplikacji i już. Wszystko trwa podobno piętnaście minut. Tak badamy się co miesiąc. Zapominalskim paniom telefon z aplikacją będzie zaś skutecznie o tym przypominał. Z tego co wyczytałam, można dzielić się sprzętem z inną kobietą. W grę wchodzi także zrzutka, na przykład z mamą, koleżanką. Wszystko odbywa się oczywiście bezpiecznie i higienicznie.

Foto ze strony https://www.braster.eu/pl

Szczerze powiem, że jeszcze myślę nad zakupem Braster. Ale jestem bliska kupna tego kosmicznego spodka, który może pomóc we wczesnym wykryciu nowotworu piersi.
Cały czas z tyłu głowy jeszcze dudnią mi słowa Pani Ewy:

Cycki masz ładne, po co je marnować!

* W tym miejscu muszę sprostować: Pani Ewa tak naprawdę ma inaczej na imię. Nie chciała podawać swoich prawdziwych danych, żeby osoby, które nie wiedziały o jej chorobie nie zaczęły się nad nią litować. Chce pozostać anonimowa i być traktowana jak zdrowa osoba.

About author

Karolina Jaskólska

Mama cudownego syna i cudownej córki, którzy są dla mnie całym światem. Z zawodu dziennikarka z wykształcenia medioznawczyni. Żeby oddychać potrzebuję: najbliższych sobie osób, marzeń (które powoli spełniam), celu (który łączy się ze spełnieniem marzeń) i czystego powietrza (którego coraz mniej…) Życzę sobie i czytelnikom przyjemnego spędzania czasu. Mam nadzieję, że nie raz się spotkamy wirtualnie bądź w rzeczywistości.

No comments

Kobieta świadoma

Silna, ambitna, młoda, uśmiechnięta, a przede wszystkim świadoma. Swoją energią mogłaby obdarować setkę ludzi. Pozornie spokojna i delikatna, a mogłaby zawstydzić niejedną osobę